W czasie długiej jazdy na rowerze

W czasie długiej jazdy na rowerze

W czasie długiej jazdy na rowerze inaczej pracują zmysły. Inaczej pracują mięsnie.

Myśli podążają zupełnie w inną stronę. Gdy zaczynasz trasę o świcie – miło pomyśleć gdzie i w jakich okolicznościach znajdziesz się o zmroku. Masz mnóstwo czasu na przemyślenia, na strategię, na rozmowę ze swoim organizmem, na przygodę.

Na długich trasach nie lubię wiązać się z nikim zobowiązaniem wspólnej jazdy. Na krótszym dystansie owszem, ale po 200, 300 km organizmy reagują odmiennie. Jeden chce dużo jeść, drugi chce dużo leżeć, jeszcze inny chciałby już jechać.

Pamiętam włoski ultramaraton, gdzie przez kilka dób jechałem po pięknych zakątkach tego kraju. Pierwszy zachód słońca jeszcze w Toskanii; bezchmurne niebo. W kolejnej dobie pogoda również idealna tylko horyzont  nieco bardziej podrapany. A ja nie musiałem oglądać na nikogo, jechałem ile miałem sił w nogach i ochoty. Kolejne zachody i nowe linie horyzontu. Bajka

Gapiąc się w horyzont.

Najłatwiej mi szukać punktów zaczepienia. Dużego drzewa, komina.

Szczytu wzniesienia. Zawsze coś jest na horyzoncie.

Gorzej w nocy. Oczy muszą się zadowolić krótszym metrażem.

Czasami tylko kilka metrów. Czasem tylko dwa.

Najgorzej w nocy jest na zjazdach na słabych drogach. Cały napięty wpatruje się w ciemność szukając granic jezdni albo krzaków oznaczających koniec przestrzeni. Czuje się jak bramkarz w czasie rzutu  karnego. Muszę się złożyć w lewo lub w prawo, ale niemal do ostatniej chwili się waham. Nie wiem czy patrzeć lepiej bliżej przy kole czy dalej w grafitową asfaltową ciemność. Cała ta przestrzeń się schowała.

Nocą…

Nocą bardziej się czeka niż za dnia.  

Szuka się rozjaśnienia na linii horyzontu. Czasem to jednak oświetlona wioska, albo miasto w oddali. Umysł próbuje wykalkulować o której powinno świtać.

Ptaki są czasami mylące bo mogą śpiewać nawet w środku nocy.

Nocą  pozbawiony barw świat wydaje się uboższy, ale rekompensują to działające na inne zmysły bodźce. Ucho skręca się w trąbkę wyszukując ponad szumem opon jakichkolwiek dźwięków. Dzikich zwierząt, szumu drzew. Czasem odkrywcze: -o wieje, ciekawe w którą stronę? Czy w dobrą? Gdy nadejdzie inicjacja dnia, jaśniejsze niebo, jestem jakby na kolejnym etapie.

Minęła noc. Coś przede mną

Odległość.

Rozum podpowiada i kalkuluje ile jeszcze, ale najmocniej wybija się hasło: do przodu, dalej.

Ten przód jest zawsze daleko przede mną. 

I zawsze dalej.

Świat jakby miał nie cztery ale tylko jedna stronę 

Czasem za zakrętem, za wzgórzem, za horyzontem.

Ostatni kilometr jest zwykle bardzo daleko. Nawet kiedy jest blisko. Mi pozostaje tylko gryźć kolejne kilometry patrząc czasem na licznik. Ile jeszcze do następnego punktu. Pożeram kolejne kilometry i staje się coraz cięższy od tego balastu. Powinno ubywać, ale gdzieś to się odkłada.

Po jakimś czasie zaczyna boleć.

Pamiętam jak ze złością zasłaniałem licznik, bo drażniło mnie jak wolno upływały kilometry jadąc pod górę. Na szczęście po wjechaniu na szczyt i krótkim odpoczynku złość minęła. Mogłem jechać dalej. Chciałem jechać dalej. Wszak nie ma lepszego sposobu na poznawanie świata (i siebie) jak na rowerze!

Komentarze
(0)
Dodaj komentarz